now@ on-line styczeń 2003

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu: 

Mariusz Dastych:

StefanDetko:

Andrzej Dudziński:

Marcin Małek:

Leszek Wątróbski:

 

 

StefanDetko

Rakiem do Europy

Komentarzy odnośnie uzyskanego, dnia 13 grudnia 2002 roku w Kopenhadze, porozumienia z Unią Europejską i reakcji polskich partii politycznych, napisano już wiele, ale żaden z nich nie wyjaśnia, dlaczego niektóre partie są z wyników rokowań z UE zadowolone a inne, wobec tych ustaleń, nie ukrywają swej niechęci i oburzenia.

Wbrew pozorom, na wymienione powyżej postawy nie mają wpływu żadne z obficie przytaczanych w komentarzach i sprawozdaniach liczby, gdyż w sporze o warunki i sens akcesji nie chodzi tak naprawdę o przyznane i przesuwane miliony, kwoty produkcji, i procenty dopłat bezpośrednich, ale o światopogląd, postawę moralną oraz głębokie różnice w pojmowaniu interesu narodowego.

W dyskusji o akcesję spotykamy dwie, nawzajem wykluczające się, ekstremalne opinie: bezkrytyczne „tak” obozu postkomunistycznego, zgrupowanego wokół SLD, i zdecydowane „nie” Obozu Narodowego, którego dość niefortunnym reprezentantem jest Liga Polskich Rodzin. Pozostałe postawy są różnoprocentową mieszanką powyżej przedstawionych ocen, zabarwioną oczekiwaniem na wyniki wiarygodnych sondaży opinii publicznej.

Obóz Narodowy, którego ideologia została wypracowana pod koniec wieku XIX-tego, głównie przez Romana Dmowskiego i Ludwika Popławskiego, od początku swego istnienia podkreślał odrębność narodową Polaków w Europie, zakładał pełną suwerenność Państwa Polskiego oraz podkreślał swoją programową niechęć do Rzeszy Niemieckiej, orientując się na poprawne stosunki polityczne z Rosją, jako mocarstwa dla państwa polskiego mniej groźnego. W swoich programach ON zakładał daleko idący izolacjonizm narodowy, połączony ze sztandarowo i instrumentalnie rozumianym katolicyzmem, jako niezawodnym probierzem polskości.

Na tym tle łatwiej zrozumieć niechęć narodowców, skupionych częściowo wokół LPR, do pomysłów wejścia Polski do Unii Europejskiej; ich strach przed utratą części ledwo co odzyskanej suwerenności państwowej spotęgowany jest przez grożącą Polsce, a niekwestionowaną w Unii, hegemonię Niemiec oraz widmo rozpłynięcia się rodzimego, polskiego, katolicyzmu w morzu laickich i liberalnych postaw społeczeństw Europy zachodniej. Zgodnie z tym tokiem rozumowania, po akcesji do UE, Polsce grozi, poza destabilizacją gospodarczą także utrata suwerenności i tożsamości narodowej oraz powszechna laicyzacja.

Słabością ideologii przeciwników akcesji jest, wywodzący się z dorobku Obozu Narodowego, dość ciasny konserwatyzm, oznaczający - między innymi - strach przed wprowadzaniem nowości, co przekłada się w praktyce na brak przedstawienia jakiejkolwiek koncepcji będącej alternatywą do UE. Słyszę, co prawda, czasami jakieś wzmianki o NAFTA, ale do świadomości mojej nie dotarł fakt jakichkolwiek rokowań w tej sprawie, a i Amerykanie jakoś nie kwapią się z namawianiem Polaków do głosowania przeciwko akcesji w zamian za uczestnictwo Polski w nieskrępowanym handlu światowym; o możliwości zaś ewentualnych knowań z tak umiłowaną niegdyś przez endecję Rosją, wolę nawet nie myśleć.

Całkowicie odmienne są za to źródła bezkrytycznych postaw wobec UE, będących domeną postkomunistów oficjalnych, skupionych wokół SLD, i tych ukrytych z PSL, PO i UW. O Samoobronie, która nie jest dla mnie partią polityczną a jedynie folwarkiem zwierzęcym Jerzego Urbana, pisać nie będę.

Aby lepiej zrozumieć postawy bezkrytyczne wobec Unii Europejskiej, należy pamiętać, że naczelną ideą każdej formacji lewicowej jest internacjonalizm, materializm i ateizm; cechy charakterystyczne dla, tak zwanych, postaw „otwartych”, „postępowych” i „światłych”, w praktyce oznaczające brak jakichkolwiek skrupułów moralnych wobec społeczeństwa, dbałość tylko o interesy własne, lub wąskiej kliki towarzyszy partyjnych. Przykładów takiego postępowania dostarcza cała historia XX-go wieku i dzisiejsza.

Na tym tle, bardziej zrozumiały staje się prawdziwie owczy pęd do Unii Europejskiej wszelkiej maści, nawróconych na demokrację, byłych członków, sympatyków i współpracowników rządzącej przez 50 lat w Polsce partii bolszewickiej, dla których „układ brukselski” jest życiową szansą na nobilitację (awans z powszechnie pogardzanych niegdyś w świecie członków partii komunistycznej na eurodemokratów), dodatkowe miejsca pracy w administracji unijnej oraz dostęp do finansowania funduszami unijnymi, zawłaszczonych po 1989 roku zakładów pracy i firm.

Dodatkowo, przystąpienie do Unii zaspokoi wszechobecną u lewicy, a dawno już niezaspokojoną, potrzebę udawania się po dyrektywy do ośrodków zagranicznych. W przyszłości, wstydliwie dotąd ukrywane przed społeczeństwem i mało opłacalne wyjazdy do Moskwy (w latach 50-tych można było stamtąd nie wrócić żywym) zastąpią wspaniałe, oficjalne wycieczki do Brukseli, gdzie lokajskie natury naszej „awangardy klasy robotniczej” znajdą radość w służeniu nowemu panu.

Zresztą historia uczy, że to nie pierwszy raz lewica próbuje za każdą cenę wciągnąć Polskę w swą wizję zjednoczonej Europy. W roku 1920-tym rozszerzeniu Europy na modłę sowiecką przeszkodziła bohaterska bitwa pod Warszawą (stąd trwająca po dziś dzień nienawiść komunistów do osoby marszałka Józefa Piłsudskiego), a w roku 1980-tym breżniewowskiej wizji powstania „Unii Europejskiej a’la russe” przeszkodził skok przez płot nieznanego światu, gdańskiego elektryka.

Poważną konsekwencją bezkrytycznego, forsowanego przez postkomunistów, euroentuzjazmu są dosyć niekorzystne warunki, jakie Polska wynegocjowała 13 grudnia 2002 roku w Kopenhadze. Magia liczb, którą czaruje od powrotu ze stolicy Danii ekipa Leszka Millera nie może ukryć faktu, iż nie otrzymaliśmy zaproszenia do UE na warunkach partnerskich. Polska delegacja rządowa nie wynegocjowała nawet tego, co Bruksela miała nam zamiar zaoferować w ramach tak zwanego „projektu berlińskiego”. Prosta dysproporcja dopłat Unii, wspomagającej statystycznego Hiszpana kwotą 450 euro rocznie a Polaka kwotą 67 euro, mówi sama za siebie. Przykładów złamania podstawowych zasad równości jest bardzo wiele i nie ma sensu ich tutaj przytaczać. Haniebnym jest także brak jakichkolwiek negocjacji w sprawie polskiego długu zagranicznego, którego częściowe umorzenie powinno być rekompensatą za spokojne życie Zachodu w czasach dominacji sowieckiej.

Pozytywną cechą eurosceptyzmu jest możliwość wywarcia dodatkowej presji na Unię Europejską, w celu zmiany dotychczasowych warunków akcesji. Jeżeli wskaźniki poparcia, w planowanym na czerwiec referendum, spadną poniżej 50%, Unia sama zaproponuje ich zmianę.

Dyskusja o sensowności przystąpienia Polski do UE oraz warunkach ewentualnej akcesji będzie się toczyła jeszcze długo i nie przyniesie obiektywnych rozwiązań. Moim zdaniem nie ma żadnej rozsądnej alternatywy dla wejścia Polski w struktury europejskie, a odbędzie się ono typowo po polsku, czyli rakiem.

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów        http://nowamedia.w.interia.pl