now@ on-line  marzec  2005

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


  w tym wydaniu:
 
Mariusz D. Dastych:
 
Józef Szaniawski:
 
o. Dariusz W. Andrzejewski:
 
Eugene Krajewski:

J. R. Nyquist:

 
Daniel Pipes:
 
Donald Devine:
 
Daniel Pipes:
 
Ewa Krajska:
 
Krzysztof Nagrodzki:
 
Marian Kałuski:
 
Jarosław Supłacz:
 
Stanisław Bulza:
 
Robert Karczemny:
 
Jadwiga Staniszkis:
 
Andrzej Kumor:
 
Józef Darski:
 
Kazimierz Murasiewicz:
 
Józef Darski:
 
soccer:
 
Marian Kałuski:
 
Stefan Pągowski:
 
Alberto Carosa:
 
Phyllis Schlafly:
 
Jerzy Przystawa:
 
Andrzej Kumor:
 
Iwo C. Pogonowski:
 
Stanisław Bulza:
 
Jerzy Przystawa:
 
Marcin Pater:
 
Ryszard Jakubowski:
 
J. R. Nyquist:
 
Marcin Mierzejski:
 
Jacek Bartyzel:
 
J. R. Nyquist:
 
Adam Wielomski:
 
Frank S. Meyer:
 
Stanisław Bulza:
 
Zbyszek Koreywo:
 
Klaudiusz Wesołek:

Solidarność IENESP:

 
Ryszard Hodowany:
 

 

Prof. Jadwiga Staniszkis

Niespełnione marzenie

Wykład wygłoszony 10 lutego podczas spotkania zorganizowanego w Dworze Artusa w Gdańsku w związku ze zbliżającą się 25. rocznicą Sierpnia '80 i powstania "Solidarności".

Presja lat 80., a potem ugoda z komunistami przy Okrągłym Stole zabiła w ludziach wiarę w realność solidarnościowej wizji. Rozpadło się marzenie o państwie i społeczeństwie funkcjonujących według jednego systemu wartości, z regułami pozwalającymi zachować godność opartą na odkrytej w Sierpniu potrzebie czynienia dobra. Dziś nadszedł moment, gdy możemy wyjść z kryzysu niepamięci, grubej kreski w sobie i zatarcia własnej podmiotowości moralnej.

Doświadczenia Sierpnia '80 roku i powstałej wtedy pierwszej "Solidarności" nie można zredukować do sfery polityki, choć ten aspekt jest przywoływany najczęściej. Nic zresztą dziwnego: powstała wtedy niezależna od PZPR reprezentacja społeczeństwa rozbiła przecież kluczową dla komunizmu ideologiczną konstrukcję, sformułowaną przez bolszewików już po pierwszym, antykomunistycznym buncie robotników i marynarzy kronsztadzkich w 1918 r. Bolszewicy, chcąc zminimalizować znaczenie społecznego oporu przeciw ich dyktaturze, stwierdzili, że robotnicy stają się "proletariuszami" (czyli "postępową siłą historii") tylko dzięki konfliktowi z kapitalistami. Po likwidacji kapitalistów przez rewolucję ów konflikt znika i robotnicy pozostają "robolami", historyczną rolę "proletariatu" przejmuje zaś w tej sytuacji komunistyczna awangarda (czytaj - aparat), wiedząca lepiej, co leży w "obiektywnym" interesie społeczeństwa.

Ta szalona, choć spójna, formuła komunistycznej partii-państwa jako władzy, a równocześnie jako substytutu społeczeństwa (w sensie "istotnego" historycznego podmiotu) stanowiła ideologiczny fundament reżimu. Powstanie "Solidarności" (a raczej - wcześniejsze rozpoczęcie negocjacji z Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym) podważało tę formułę, bo stanowiło uznanie innej niż partyjna reprezentacji robotników.

Powrót do języka moralności

Równie jednak ważnym, a z dzisiejszej perspektywy chyba ważniejszym aspektem sierpniowych strajków było odbudowanie w ludziach podmiotowości moralnej. Chodzi o odzyskanie zdolności odróżniania dobra od zła i odtworzenie wewnętrznej godności, gdy się wie, kiedy należy powiedzieć nie. Komunizm programowo niszczył w ludziach owo moralne oparcie w sobie, bo łatwiej ich było wtedy kontrolować. Przed Sierpniem '80 wydawało się, że nie ma już odwrotu od tej moralnej zapaści.

A jednak - solidarnościowe strajki w obronie słabszych, a więc w imię wartości, nie zaś interesów materialnych, wywołały cudowny ciąg zdarzeń. Najpierw odkrycie przez ludzi, że są lepsi, niż myśleli o sobie, i że inni - dotychczas obcy - sądzą podobnie. Następnie uświadomienie sobie, że pragnie się bronić owej odkrytej na nowo godności, płynącej z gotowości do podjęcia ryzyka w imię wartości. I wreszcie konstatacja, że język kategorii etycznych (dobro - zło, prawda - fałsz), ów język noszony w sobie, ale dotychczas nieużywany (bo ludzie czuli się nie tylko zastraszeni przez komunizm, ale i wewnętrznie złamani), że ów odzyskany język może pomóc w wyrażeniu istoty konfliktu między społeczeństwem a komunistyczną władzą jako konfliktu dobra walczącego ze złem.

Ten mechanizm doświadczenia etycznego jako doświadczenia poznawczego, gdy przeżycie (ryzyko w imię wartości) odbudowało w ludziach wewnętrzne prawo do posługiwania się językiem moralności i umożliwiło zobaczenie w symbolicznym skrócie, czym w swej istocie był komunizm - nie tylko uruchomił niebywałą energię społeczną, ale też stał się podstawą solidarnościowej utopii. Do dziś niektórzy z nas, którzy byli wtedy w stoczni, pamiętają towarzyszącą temu atmosferę święta. Prości ludzie, spętani dotychczas nie tylko strachem, ale i językowymi barierami artykulacji konfliktu z komunistami - wykorzystującymi dla pacyfikacji protestów konkretność, doraźność, lokalność - odkryli język wartości etycznych jako swój pierwszy własny język opisu sceny publicznej.

Niespełnione marzenie

Prawo do używania tego języka wymagało jednak przekonania o własnej racji moralnej. Stąd późniejsze - już w stanie wojennym - systematyczne niszczenie przez reżim owego przekonania, te wszystkie lojalki, żądania wyparcia się "Solidarności", ponowne wpychanie ludzi w bezradność, milczenie, samotność. Komunistom chodziło o wyparcie z pamięci owego święta powrotu do siebie jako cząsteczki absolutu, do siebie - jak by się wydawało - już bezpowrotnie utraconego.

Presja lat 80., a potem ugoda z komunistami przy Okrągłym Stole, umożliwiająca przetrwanie starych nomenklaturowych hierarchii w nowym, rynkowym kostiumie; z grubą kreską nie tylko w polityce, ale też w poszczególnych życiorysach (gdy ci, co nie rozliczyli się ze sobą, niszczyli stopniowo przestrzeń symboli, bo nadużywali ich, nie mając ku temu wewnętrznego, moralnego prawa), zabiła w ludziach wiarę w realność solidarnościowej wizji.

Rozpadło się solidarnościowe marzenie o państwie i społeczeństwie funkcjonujących według jednego systemu wartości, z regułami gry pozwalającymi zachować godność opartą na odkrytej w Sierpniu potrzebie czynienia dobra. Marzenie - jak pokażę - głęboko, choć nie do końca świadomie, zakorzenione w filozofii tomistycznej. Nie ma już pamięci święta. Odebranie sobie prawa do języka wartości jako języka opisu świata - po utracie wiary, że dobro zwycięża i że racja jest po naszej stronie - ponownie wepchnęło ludzi w milczenie. Mają poczucie, że ukradziono im nie tylko wolność (badania opinii pokazują, że ponad 70 proc. Polaków rozumie "demokrację" jako "sprawiedliwość", a tej, ich zdaniem, nie ma), ale i wspomnienia.

Obelisk do przebudowy

Mam przed sobą patetyczną petycję grupy robotników, którzy byli w sierpniu 1980 roku w pamiętnej Sali BHP. Skarżą się, że przestrzeń stoczni i sama sala stołówki, tak ważna w ich wspomnieniach, bo ułatwiająca zapamiętanie wydarzeń poprzez pamięć miejsca, jest systematycznie niszczona i przebudowywana łącznie z obeliskiem pomnika Stoczniowców. A gdy zanika pamięć symboli, zabita przez utratę wewnętrznego do nich prawa (a tak robotnicy "Solidarności" traktują doświadczenie upokorzenia lat 80. i bezsilności lat 90.), pozostaje tylko pamięć miejsc.

Ci, którzy - jak ja - utrzymywali mimo stanu wojennego kontakty z Wybrzeżem, pamiętają wzruszający rytuał zdobywania placu wokół pomnika Stoczniowców. Te wielkie pojemniki na śmieci zamieniane w rocznicę 13 grudnia w małe wozy bojowe (na wzór powstańczego samochodu Kubuś z Warszawy 1944 roku) wypełnione kamieniami, gdy jedni stoczniowcy rzucali, a inni pchali pojazd, to rytualne odzyskiwanie na jeden dzień własnej symbolicznej przestrzeni. W Warszawie było to składanie kwiatów w miejscu, gdzie kiedyś był krzyż papieski, na wyżartym przez rozkładające się rośliny w kamiennych płytach śladzie - aż do momentu, gdy komuniści, chcąc zniszczyć pamięć, kazali zedrzeć stare płyty i położyć nowe.

Dziś znajdujemy się w momencie, gdy - także ze względu na pojawienie się tzw. listy Wildsteina - możemy wyjść z kryzysu niepamięci, grubej kreski w sobie i zatarcia własnej podmiotowości moralnej. Znów wraca pamięć, czym był komunizm: brutalny w swym systematycznym pomniejszaniu ludzi, rządzeniu przez eksploatowanie słabości, a nie - jak w tomizmie i solidarnościowej utopii - przez tworzenie warunków do rozwoju drzemiącej w każdym człowieku wielkości. Przypominamy sobie dzisiaj, że podmiotowość moralna, bez której zanika więź społeczna, a nawet więź ludzi z samymi sobą, to nie tylko - jak w Sierpniu - zdolność czynienia dobra i ponoszenia ryzyka w imię wartości. Podmiotowość moralna to także umiejętność dostrzeżenia, kiedy postąpiliśmy źle, i pamiętania o tym.

Inna twarz "Solidarności"

Tak drażniący nas dziś bezwstyd komunistów, po których spływa wszystko, także oskarżenia o kłamstwa i korupcję, którzy zapominają, czemu służyli, najczęściej dla kariery - rozciąga się również na tych, którzy zaczęli być odważni dopiero wtedy, gdy odwaga staniała. Do dziś pamiętam oportunistycznych "dobrych" partyjnych socjologów, którzy niby nie robili nic złego, tylko biegali do Komitetu Centralnego na zebrania, i którzy przestali się ze mną witać ze strachu, gdy wyszłam z więzienia po 1969 roku, a dziś - już bezpartyjni - także się ze mną nie witają, patrząc z wyższością, bo jestem na liście i czekam na swoje zaświadczenie o statusie pokrzywdzonej.

Moja pogarda rozciąga się też na dawnych kolegów (kiedyś myślałam "przyjaciół", ale myliłam się) z 1968 roku i z "Krytyki", za obronę których zapłaciłam wysoką cenę, a którzy - podobnie jak ubecja - z góry zakładają w człowieku małość, a nie wielkość i, jak ubecja, niszczą ludzi, gdy ci nie dają sobą manipulować.

Dzisiejszy zanik przestrzeni symbolicznej, niemożność porozumienia się z młodymi ludźmi i wszechobecność bezwstydu mogą być przezwyciężone tylko przez powrót do tego, co było w Sierpniu najważniejsze: do tamtej potrzeby odbudowania w sobie podmiotowości moralnej. Bez tego przestaniemy być społeczeństwem zdolnym do współpracy, uniesień i wzajemnej pomocy. Fałsz, brak wstydu, śmierć symboli nadużytych przez ludzi niemających do nich wewnętrznego prawa, zatarcie pamięci, czym był komunizm, i bezczelność dawnych oportunistów są równie groźne, jak pajęczyna służb i ich klientów, oplatająca państwo i gospodarkę.

Aby walczyć z tą pajęczyną, trzeba oparcia w sobie i społecznej energii płynącej, jak w Sierpniu, z wiary w siebie i w innych, z przywrócenia nadziei i sensu słów. Tylko wtedy odzyskamy młodych ludzi, którzy ostatnio zrozumieli część doświadczenia "Solidarności", obserwując skumulowaną energię tłumu przelewającego się w Kijowie na placu Niepodległości, energię niezorganizowaną i dlatego groźną dla władzy, bo niedającą się ujarzmić. Energię, dodajmy, która pojawiła się niespodziewanie wokół symboli "my - oni" i równie nagle zniknęła skonfrontowana z gąszczem niezrozumiałej polityki. Konieczność moralnej rewolucji w Polsce wymaga dziś pokazania młodym ludziom innej twarzy "Solidarności": święta odkrywania przez jednostki własnej podmiotowości moralnej. To właśnie owo odkrycie, a nie siła masy, stanowiło sekret energii "Solidarności".

Tomistyczny kapitał

Wspomniałam o tomistycznych korzeniach tamtego przeżycia. Pamiętać bowiem trzeba, że Polska nie przeszła przez rewolucję nominalistyczną, która w Europie Zachodniej stworzyła podwaliny "nowoczesnego" myślenia o państwie, odrywając je od etyki, a wiążąc z dyktatem formy. Nasz tomistyczny kapitał kulturowy pomógł nam w wyartykułowaniu solidarnościowej utopii i w walce z komunizmem. Dziś utrudnia nam jednak zrozumienie zasad, którymi kieruje się postnominalistyczna Unia Europejska.

Zasadniczo odmienna jest bowiem w obu prądach koncepcja państwa i prawa, inaczej rozwiązywany jest problem relacji między substancją i formą, różne są także koncepcje człowieka i wizje wolności. W tomizmie człowiek traktowany jest jako ośrodek i porządku społecznego, i państwa. Instinctus rationis jednostki ludzkiej jest w tomizmie utożsamiany z "pozytywnym brakiem" dobra i w tym sensie z prawem naturalnym oraz traktowany jako podstawowa siła wyznaczająca kierunek rozwoju społecznych i prawnych form bytowania. "Inny" jest w tomizmie postrzegany w perspektywie metafizycznej jako "taki sam jak ja", bo cechujący się podobnym "pozytywnym brakiem" dobra. Wyznacza to zarówno tomistyczną koncepcję sprawiedliwości, jak i etyczną perspektywę relacji między ludźmi. Państwo i prawo traktowane są w tej wizji jako mechanizmy nie w pełni autonomiczne, bo mające na celu przede wszystkim wspomaganie przyrodzonego człowiekowi instynktu poszukiwania dobra. Jeżeli prawo stanowione przez ludzi odbiega od prawa naturalnego, jest to w tej tradycji traktowane jako źródło destrukcji i pozbawione "legalności".

Nominalizm z kolei traktował państwo przede wszystkim jako wyzwanie intelektualne. Dynamikę i legitymizację państwa wyznacza w tej koncepcji niekończący się społeczny proces "racjonalizacji", rozumianej jako trafne zastąpienie materialnej realności jednostkowych faktów wytworami intelektu, w tym pojęciami ogólnymi. Twórca nominalizmu Wilhelm Ockham w sposób radykalny zerwał związek między prawem naturalnym a naturą ludzką. Zanegował bowiem kluczowe dla tomizmu pokrewieństwo natury ludzkiej z absolutem (via instynkt ku dobru, zawarty w naturze człowieka), stanowiące w tomizmie koncepcję prawa naturalnego. O legalności prawa w nominalizmie decyduje nie zgodność z prawem naturalnym, ale względy formalne. Zgodność z procedurą i logiczność.

Koncepcja ta tylko radykalnie zautonomizowała i uspołeczniła państwo i prawo, ale oderwała je od sfery etyki. Brak w nominalizmie charakterystycznego dla tomistycznej koncepcji państwa napięcia między prawem stanowionym przez ludzi a prawem naturalnym (owym instinctus rationis natury ludzkiej) i w związku z tym podkreślania granic polityki i demokracji. Według tomistycznej koncepcji państwa pewnych spraw nie można bowiem rozstrzygać w drodze głosowania, bo jedyną dopuszczalną formą ich rozstrzygania jest ta, która pozostaje w zgodzie z prawem naturalnym.

Uderza też odmienność koncepcji wolności, wynikająca z odmienności założeń antropologicznych. W tomizmie wolność, zawierająca w sobie również możliwość czynienia zła, "czyni człowieka bardziej podobnym do Boga niż wtedy, gdyby nie był wolny". Wybierając między dobrem a złem, a więc testując siłę swego pozytywnego braku cnoty, człowiek przeżywa bowiem siebie jako podmiot moralny. W liberalizmie Johna Locke'a zaś, stanowiącym dopełnienie nominalistycznej koncepcji państwa, wolność umożliwia człowiekowi przede wszystkim doskonalenie się w sztuce racjonalnego łączenia sfery formalnej z substancjalną, co czyni go użytecznym uczestnikiem społecznego procesu budowania instytucji i tworzenia prawa.

Doświadczenia wieku totalitaryzmów

Katolickie kraje Europy Środkowej (w tym szczególnie Polska) nie przeszły przez nominalistyczną rewolucję myślową, pozostając w kręgu tomistycznego realizmu. Wpłynęło to zasadniczo na odmienność koncepcji państwa, prawa i porządku społecznego. Odmienności te trwają do dziś. Zrozumienie fenomenu "Solidarności" i moralnej rewolucji 1980 roku nie jest możliwe bez pamiętania o tomistycznych korzeniach popularnej filozofii politycznej. Tkwi w niej głęboko wizja przywracania porządku poprzez przywracanie sprawiedliwości. Natomiast koncepcja państwa i społeczeństwa, uformowanych przez te same, etyczne wartości i dzięki temu funkcjonujących bez mediacji polityki, jest zrozumiała tylko w kontekście tomistycznej jedności formy i substancji z naturalnym człowiekowi instynktem dobra, opartym na przeżywaniu "pozytywnego braku".

Nieznajomość nominalistycznej tradycji dyktatu formy utrudnia osobom z kręgu tradycji tomistycznej zrozumienie, czym w dobie globalizacji stała się władza. W związku z jej rozproszeniem, sieciowością i proceduralizacją nie jest to władza konkretnych podmiotów, ale przede wszystkim zdolność systemu do działań na własną rzecz i do zachowania sterowności. System czyni to, wymuszając na poszczególnych graczach respektowanie dobra wspólnego.

To posiadanie przez system władzy nad samym sobą zależy przede wszystkim od jakości jego struktury, od rozwiązań instytucjonalnych oraz od powiązań między instytucjami. Ważna jest też korespondencja tych ostatnich z historycznym stadium rozwoju danego systemu. Nacisk w tomizmie na rolę jednostki jako podmiotu moralnego i ośrodka grawitacji ładu społecznego (ze względu na fakt, że to jednostka, przez swój pozytywny brak dobra, wnosi moment etyczny wyznaczający kierunek rozwoju całości) utrudnia przejście od podmiotowego do strukturalnego myślenia o władzy. Równocześnie jednak ten sam tomizm (i to ze względu właśnie na ów nacisk na godność osoby ludzkiej) wydaje się obecnie, po epoce dwudziestowiecznych totalitaryzmów, komunizmu i nazizmu, lepszym zabezpieczeniem przed takimi aberracjami w przyszłości niż tradycja nominalistyczna.

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów       http://nowamedia.w.interia.pl